[Rogal odkrywa internety]: Architekt Michael Wyetzner analizuje domy z seriali telewizyjnych

Rozpoczynam nowy cykl zatytułowany “Rogal odkrywa internety”, bo znowu odkryłem na jutubie coś tak fajnego, że pomyślałem “wow, muszę się tym podzielić z ludźmi”, by po chwili zorientować się, że ta nowinka ma już trzy lata… Niemniej, być może część z Was, podobnie jak ja, tego nie zna, więc mimo wszystko się dzielę.

Tym razem jest to nowojorski architekt Michael Wyetzner rozbierający na części pierwsze architekturę i design domów z popularnych amerykańskich seriali. Wyetzner nie tylko rekonstruuje rozkład domów na podstawie scen z seriali, nie tylko identyfikuje style i wskazuje elementy charakterystyczne dla epoki, w której dzieje się akcja, ale też pokazuje, jak twórcy mówią architekturą i projektowaniem wnętrz, jak ważną rolę odgrywają one dla fabuły i świata przedstawionego. Parę razy moją reakcją na przedstawione przez Wyetznera ciekawostki był totalny wybuch mózgu. I chyba nie jestem sam, bo pod każdym z jego filmików aż roi się komentarzy typu “zróbcie z tego cykl”.

Więc jeśli chcecie się dowiedzieć więcej na temat domu Foremanów z “Różowych lat 70” albo rezydencji Pritchettów z “Modern Family”, to klikajcie czym prędzej w link.

Kondzix Kęska

Nie, nie obejrzałem jeszcze do końca “Stranger Things”. Czekam, aż będę miał czas rozdziawić paszczę tak szeroko, by móc ugryźć tego burgera, jakim jest 2,5-godzinny odcinek finałowy.

Ale mogę Wam dzisiaj dać jeden powód, dla którego warto się cieszyć, że ten sezon serialu w ogóle powstał. Bo inspiruje on artystów do robienia takich pięknych artworków, jak ten plakat autostwa Konrada Kęski:

Każda praca Konrada sprawia, że szczena opada mi conajmniej dwa piętra w dół. Jeśli lubicie komiksy, retro sci-fi, pixel arty i tego typu klimaty, to wbijajcie na jego instagram i oczywiście nie zapomnijcie o zmiażdżeniu przycisku “Obserwuj”! A gdybyście potrzebowali, żeby ktoś zrobił Wam okładkę płyty, plakat albo kozacki dizajn nadruku na t-shirt, to piszcie na: kondzix.keska@gmail.com

Polecam

Michał Rogalski

[No, to obejrzałem w końcu]: Downton Abbey: Nowa epoka

I przez cały czas miałem poczucie, że to co oglądam jest, jak na Downton Abbey, trochę za wesołkowate. Podobne odczucia zresztą miałem wobec poprzedniej kinowej odsłony serialu. Nie zrozumcie mnie źle. Ja wiem, że “Downton Abbey” jest ciepłym kocykiem* nostalgii za czasami, kiedy arystokracja wzamian za wierność dawała służbie poczucie bezpieczeństwa, a ludzie mieszkali w neo-gotyckich zamkach i pili herbatę z porcelanowych filiżanek. Ten serial nigdy nie miał być “Rodziną Soprano” czy innym “The Wire”, tylko ukojeniem dla zagubionych w XXI wieku dusz. Zdaję sobie z tego sprawę.

A jednak w serialu były wątki, w których stawka tego serialu była wyższa, niż tylko “kto zostanie pokojowcem jaśniepana”. I wcale nie traktuję tych intryg z lekceważniem, bo scenarzyści, reżyserzy i aktorzy zaangażowani w produkcję “Downton Abbey” stworzyli tak przekonujących bohaterów, że chyba każdy z zapartym tchem kibicował uczestnikom tej gry. Ale ten serial był czymś więcej, niż nie tylko sagą o arystokratycznym rodzie i plotkującej o jaśniepaństwie służbie. Były tam wątki społeczne, polityczne, obyczajowe. Momenty dramatyczne. Twórcy nie unikali mrocznych aspektów życia w Anglii początku XX wieku. I nie pokazywali tych mrocznych aspektów w sposób karykaturalny albo powierzchowny. Wyważenie pomiędzy wątkami, które były bardzo na serio a uroczą opowieścią o szlachcie, która (w większości) rzeczywiście jest szlachetna i służbie, która (w większości) jest dobroduszna. Właśnie ten balans stanowił o sukcesie tego serialu.

Jeśli ten serial porównać do nagrania ze złotej ery jazzu, z ryczącymi trąbkami, rozstrojonym pianinem i trzaskami ze starej płyty winylowej, tak kinoweym wersjom “Downton Abbey” bliżej do smooth jazzu z windy. Niby to samo, a jednak bez tego ciężaru, bez tego brudu. Ogląda się to trochę jak parodię. Owszem śmieszną i krzepiącą serce, ale jednak pozostawiającą wrażenie, że to mogło być trochę mniej naiwne i sielankowe. Żeby było mniej pocztówką, a bardziej fabułą…

…a może rodzina Crawley’ów i ich służba przeszła już zbyt wiele, może wystarczy im już tych cierpień? Może powinni już na zawsze trwać w tym idyllicznym końcu historii, w tym niekończącym się happy endzie, gdzie konflikt nigdy nie jest gorętszy, niż frak staromodnego angielskiego lokaja, pocącego się na francuskiej Riwierze? Może to dobrze, że mamy możliwość zawinięcia się w ten ciepły koc i spędzenia reszty wieczoru z earl grey’em i książką? Że możemy z dumą spojrzeć, jak nasi bohaterowie stawili czoła wyzwaniom i jak przy tym dojrzeli?

*Albo chłodzącym wiatraczkiem, jeśli czytacie to w czasie kolejnej w tym roku fali upałów.

[No, to obejrzałem w końcu]: Pierwszą część czwartego sezonu Stranger Things

W telegraficznym skrócie można by ją podsumować tak: ciągnące się przez sześć odcinków dłużyzny zwieńczone odcinkiem siódmym, który – dla odmiany – był bardzo ekscytujący i mocno trzymał w napięciu. Pytanie czy ten wciągający (pół)finał wynagradza śledzenie tych wszystkich niepotrzebnych postaci i wątków. Może musimy jednak poczekać na dwa ostatnie odcinki sezonu, w których wydarzy się coś, co sprawi, że wszystko nabierze sensu.

Jak zwykle mój osąd jest okraszony dużą liczbą znaków zapytania. Może to, że oglądałem ten serial nie całymi odcinkami, tylko kawałkami (kto ma czas, by usiąść i oglądać serial złożony z półtoragodzinnych odcinków?) wpłynęło negatywnie na mój odbiór? Może od prawie samego początku negatywnie się nastawiłem, bo te przydługie epizody odczytałem jako arogancję twórców, którzy myślą, że cokolwiek by nie zrobili, ludzie to łykną?

A może nie bawiłem się dobrze oglądając ten serial, bo nie byłem w nastroju na taki akurat klimat, no, ale oglądałem z tego poczucia obowiązku, który pcha każdego nowoczesnego konsumenta popkultury do oglądania tych wszystkich sequeli, a przecież trzeba obejrzeć już, dzisiaj, bo inaczej mi zaspoilerują. A może to kwestia ogromnych oczekiwań, które zbudowały wcześniejsze sezony (zwłaszcza dwa pierwsze), których po prostu nikt nie będzie w stanie spełnić, nawet genialni bracia Duffer?

I taki to już jest problem z ocenianiem popkultury, muzyki, w ogóle sztuki: coś, co nie podoba mi się dzisiaj, może spodobać mi się jutro. Albo spodobałoby mi się wczoraj. Coś, co mnie pozostawiło obojętnym, może poruszyć do głębi kogoś, kto ma inny charakter i inne doświadczenia, niż ja. No i skąd w ogóle ta ciągła potrzeba, żeby mieć na ten temat własne zdanie?

[Przyznać się, kto oglądał?]: “SeaQuest”

Kolejna perełka z najlepszej dekady w historii, czyli z latach dziewięćdziesiątych XX wieku. Akcja serialu rozpoczyna się około roku 2018, kiedy to ludzkość, wyczerpawszy niemal wszystkie zasoby naturalne Ziemi, musiała się przenieść na dna oceanów. Głównym bohaterem była załoga głębinowego statku podwodnego seaQuest DSV 4600, którego misją było prowadzenie badań naukowych i obrona podwodnych kolonii przed wrogo nastawionymi społecznościami, które nie przystąpiły do Organizacji Oceanów Zjednoczonej Ziemi. Większość scen rozgrywała się na pokładzie statku. Czyli krótko mówiąc taki Star Trek pod wodą. Twórcy chyba tego zresztą specjalnie nie ukrywali. Nawet tytuł już to zdradzał. Sea. Quest. Star. Trek. Sea Trek. Star Quest.

Żeby wzmocnić obecność motywów akwatycznych, w rolę kapitana statku wcielił się znany z filmu “Szczęki” Roy Scheider, a jednym z bohaterów był inteligentny delfin imieniem Darwin, który dzięki ultranowoczesnej technologii mógł się porozumiewać z ludźmi. Właściwie to chyba twórcy serialu po prostu opierali się na tym, że delfiny są niemal tak inteligentne jak ludzie, tylko nie potrafimy się z nimi porozumiewać. Czyli nie tyle był to delfin inteligentny, bo to się rozumie samo przez się, tylko był to delfin gadający.

Podobnie jak Enterprise w “Star Trek: The Next Generation”, SeaQuest miał też nastoletniego geniusza na pokładzie. I podobnie, jak w przypadku swojego kosmicznego odpowiednika, załoga głębinowego statku podwodnego dość często wcielała się w rolę mediatora pomiędzy zwaśnionymi stronami różnych konfliktów. Mam mgliste wspomnienie jednego z odcinków, w którym główni bohaterowie postanowili wziąć obronę jakiś statek, który był prześladowany przez inny okręt. Na koniec – chyba po bitwie, która zakończyła się zniszczeniem statku prześladowców – okazało się, że załoga SeaQuest została zmanipulowana. Domniemani prześladowani okazali się być prześladowcami, a prześladowcy prześladowanymi. Odcinek zakończył się gorzką przemową kapitana SeaQuest, która brzmiała mniej więcej tak: “Popełniliśmy błąd, daliśmy się oszukać, ci źli byli tak naprawdę dobrzy, a ci dobrzy byli tak naprawdę źli”.

Reakcja ośmioletniego Rogala wyglądała mniej więcej tak: “Coooooo?!?!?! Whoaaaa! Ale jak to!?!?!?! To oni pomogli tym złym przez pomyłkę?!?!?” Mindfuck.

[No, to obejrzałem w końcu]: “Harry Potter – 20. rocznica: Powrót do Hogwartu”

Muszę przyznać, że Hogwart to szkoła, która zapewnia swoim absolwentom całkiem niezłą przyszłość. Nasuwają mi się porównania z analogiczną i równie bezwstydnie żerującą na nostalgii produkcją HBO, a mianowicie z programem “Przyjaciele: Spotkanie po latach“.

Widać spory kontrast pomiędzy obsadą “Przyjaciół” a obsadą “Harry’ego Pottera”. Jasne, wiem, że odtwórcy ról Rachel, Rossa, Moniki, Chandlera, Phoebe i Joey’a są po prostu dwie dekady starsi. Że te wszystkie botoksy i wybielanie zębów może jeszcze czekają Daniela Radcliffe’a, Emmę Watson i Ruperta Grinta.

Ale z drugiej strony, ta trójka (i jeszcze sporo osób towarzyszących im na drugim planie), to byli dziecięcy aktorzy, przez 10 lat swojego życia zaangażowani w jedną franczyzę. Ryzyko, że wpadną w alkoholizm, anoreksję, bulimię, narkotyki czy depresję było w ich przypadku ultra wysokie. I choć niektórzy z nich byli blisko upadku na samo dno, młodzi aktorzy wyszli z tego obronną ręką. A przynajmniej tak to wygląda.

Odtwórcy głównych ról w “Przyjaciołach”, jeśli nawet nie zmagali się z depresją czy uzależnieniami, to zmagali się z zaszufladkowaniem. Gros tych dwudziestu lat, które minęły od ostatniego klapsa na planie serialu, amerykańscy aktorzy spędzili na tym, żeby o “Przyjaciołach” zapomnieć, a ściślej, żeby publiczność o nich zapomniała. Żeby dostrzegła, że nie są tylko postaciami z ukochanego serialu, ale także wszechstronnymi aktorami.

Wydaje się, że dopiero niedawno Jennifer Aniston czy Matthew Perry pogodzili się z tym, że chyba zawsze już będą Rachel czy Chandlerem. I że to jest ok. Emma Watson czy Daniel Radcliffe nigdy chyba nie padli ofiarą podobnego zaszufladkowania i mieli szansę rozwijać się w swoim zawodzie, próbować nowych rzeczy. Choć przecież ludzie nie zapomnieli, że są Harrym i Hermioną.

Może po prostu mieli więcej szczęścia? Może mieli szansę urodzić się w nieco lepszych czasach? Może to po prostu to trzeźwe podejście do życia, które odróżnia Wielką Brytanię od oderwanego od rzeczywistości Hollywood? A może Hogwart to po prostu dobra szkoła, która przede wszystkim dba o to, żeby uczniowie byli spełnieni i szczęśliwi?

[Przyznać się, kto oglądał?]: “Dinotopia”

Dla tych, którzy nie kojarzą, “Dinotopia” to mini serial z lat dwutysięcznych o tajemniczej wyspie, gdzie ludzie żyją w całkowitej harmonii z gadającymi, inteligentnymi dinozaurami. Wyglądał trochę, jakby akcja “Jurrasic Parku” rozgrywała się w pałacu królowej Amidali z “Gwiezdnych Wojen”. W produkcji wystąpili m.in. David Thewlis (profesor Lupin z serii o Harrym Potterze), Wentworth Miller (który kilka lat później został gwiazdą serialu “Prison Break”) czy Jim Carter (pan Carson z “Downton Abbey”).

Fragment plakatu promującego serial “Dinotopia”

Szczerze mówiąc niewiele pamiętam z “Dinotopii”, ale muszę powiedzieć, że niezależnie od tego, jaką to właściwie miało fabułę, te gadające dinozaury spacerujące po antycznym, śródziemnomorskim mieście na ukrytej przed światem wyspie to jest wizja absolutnie odjechana!

Dodatkowo w toku internetowo-wikipedycznej wyprawy w głąb mojego dzieciństwa odkryłem, że serial był adaptacją serii ilustrowanych książek autorstwa malarza Jamesa Gurney’a. Klimat jego obrazów przywodzi na myśl takich artystów, jak Henryk Siemiradzki czy John William Godward. Tylko, że z dinozaurami. I to jest jeszcze bardziej odjechane! A przy tym naprawdę piękne.

James Gurney, Ilustracja z okładki książki “Dinotopia”

Dzieła Gurney’a można znaleźć na jego stronie. Artysta jest także aktywny na Instagramie.

Jedna z ilustracji z książki “Dinotopia” Jamesa Gurney’a

Strażnicy. Czyli czy warto w ogóle oglądać seriale Damona Lindelofa? [Może zawierać śladowe ilości spoilerów]

Uważam, że “Strażnicy” to świetny serial. Został chyba też doceniony przez krytyków i publiczność. Ale zawsze musi być jakieś “ale”. W wypadku serialu HBO jest to zakończenie. Showrunner “Strażników” Damon Lindelof twierdzi, że stworzony przez niego serial jest historią zamknięta. Jednocześnie ostatnia scena finałowego odcinka jest na tyle niejednoznaczna, że zdaje się być cliffhangerem każącym nam w napięciu czekać na kolejny sezon. Jeśli to rzeczywiście zakończenie tej historii, to rodzi się pytanie: jakie w takim razie jest jej przesłanie? Jest to pytanie o tyle ciekawe, że Lindelof jako scenarzysta zasłynął z takich otwartych, trudnych do jednoznacznego zinterpretowania finałów. I nieraz musiał stawiać czoła zarzutom, że nie ma nic do powiedzenia, a jego historie są zwodzącymi widza pustymi wydmuszkami, do oglądania których nawet nie warto się zabierać. Ja jednak chciałbym wziąć Lindelofa w obronę i zaryzykować śmiałą tezę, że w storytellingu nie tylko zakończenie ma znaczenie.

CpkY2UFWYAAMtHY

Jeśli nazwisko Lindelof nic Wam nie mówi, to może kojarzycie taki serial, jak “Zagubieni“? Któż nie natknął się, skacząc po kanałach telewizyjnych, na chociaż jeden odcinek przygód rozbitków uwięzionych na tajemniczej wyspie? Otóż Damon Lindelof był współtwórcą pomysłu na serial, jednym z jego głównych showrunnerów, współautorem scenariusza podwójnego odcinka pilotażowego i – last not least – współautorem scenariusza podwójnego odcinka finałowego.

“Zagubieni” szybko stali się synonimem zagadkowości. Co kryje przeszłość każdego z rozbitków? Kim są tajemniczy ludzie zamieszkujący wyspę? Dlaczego po tropikalnym lesie biega niedźwiedź polarny? Czym jest potwór zabijający rozbitków? Co znajduje się pod odkrytym przypadkowo w dżungli metalowym włazem? I czym właściwie, do cholery, jest ta wyspa? Każdy kolejny odcinek, zamiast z odpowiedziami, zostawiał widzów z kolejnymi frapującymi pytaniami, jednocześnie zmuszając do pełnego napięcia oczekiwania na kolejny epizod. “Zagubieni” byli też jednym z pierwszych seriali ery internetu. Każdy odcinek komentowano na forach, czatach i w podcastach, snując teorie na temat rozmaitych serialowych znaków zapytania. Ta ekscytująca aura tajemniczości trzymała widzów w napięciu przez kilka sezonów, ale w końcu większość z nich zaczęła czuć zmęczenie i irytację. Gdy przyszło do rozwiązania fabuły w finałowym sezonie, duża część fanów była rozczarowana zakończeniem. Bo nie tylko zakończenie to nie było doświadczeniem tak transcendentnym i metafizycznym, jak można by oczekiwać po budowanej przez sześć lat mitologii, ale w dodatku wszystko zaczęło wskazywać na to, że twórcy najwyraźniej rozpoczęli opowiadanie tej historii samemu nie znając odpowiedzi na zadane w niej pytania i bez konkretnego pomysłu na zakończenie.

Okazało się, że “Zagubionych” nie wieńczy żadne wielkie przesłanie na temat kondycji ludzkiej czy sensu życia. Może na poziomie mikro nie była to opowieść całkowicie pozbawiona głębi, wszak grupa nieszczęśników, których samolot rozbił się na tajemniczej wyspie, była złożona z pełnokrwistych, niejednowymiarowych bohaterów, z których każdy przechodził głęboką przemianę i wzbudzał w widzach prawdziwe emocje. Ale na poziomie makro, w opinii widzów i krytyków, finał historii wydawał się pusty i pozbawiony głębokich sensów.

O6Raft

Akumulacja nigdy niewyjaśnionych tajemnic i zagadek bez rozwiązania wynikała ze storytellingowej filozofii, przyjętej przez twórców serialu, zwanej “tajemniczym pudełkiem”. Jeden z pomysłodawców “Zagubionych”, J.J. Abrams przedstawił główne zasady tej filozofii w swoim słynnym wykładzie TED. Chodzi o to, że skoro tajemnica pobudza wyobraźnię, to najbardziej ekscytujące są historie, w których wciąż pojawiają się kolejne znaki zapytania, a zaspokojenie pragnienia poznania odpowiedzi na owe pytania najlepiej wciąż odkładać na później. Innymi słowy, lepiej jest gonić króliczka, niż go złapać. Symbolem tej filozofii jest Magiczne Tajemnicze Pudełko, które będąc małym chłopcem, Abrams dostał od dziadka. Było to pełne zabawek i gadżetów pudełko, które kupowało się za 15 dolarów nie wiedząc, co jest w środku – miała to być niespodzianka. Ceniąc wyżej podnietę płynącą z wyobrażania sobie, co jest w środku, nad tę wynikającą z odkrycia, co rzeczywiście się tam znajduje, Abrams nie otworzył pudełka do dziś.

Jak jednak widać nawet po komentarzach pod filmikiem z wykładem Abramsa raczej niewielka część internetów podziela miłość reżysera do gonitwy za króliczkiem. Czy jednak fakt, że historia prowadzi nas w ślepą uliczkę rozczarowującego zakończenia, przekreśla wartość wszystkiego, co było po drodze? Bo – wracając do “Strażników” – nawet jeśli finał był rozczarowujący lub choćby niewystarczająco satysfakcjonujący w porównaniu z resztą prowadzącej do niego fabuły, to wciąż jest całe multum powodów, dla których warto ten serial obejrzeć.

Świetne kostiumy, scenografia, zdjęcia i montaż. No i oczywiście świetna obsada, w której skład wchodzą laureaci Oscarów Regina King i Jeremy Irons. Chyba nie będzie też bez znaczenia fakt, że serial – podobnie jak jego komiksowy poprzednik – mierzy się z aktualnymi i ważnymi tematami. Już sam fakt, że dzięki “Strażnikom” miliony ludzi w USA (i na całym świecie) dowiedziały się o takim wydarzeniu, jak zamieszki rasowe w Tulsie w 1921 roku, które doprowadziły do niemalże unicestwienia jednej z najzamożniejszych czarnych społeczności w Ameryce, wart jest pochwały. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że to wstrząsające wydarzenie jak dotąd nie pojawiało się w amerykańskich podręcznikach historii czy w ogóle w świadomości większości Amerykanów. Co ciekawe, oglądając sceny masakry, widz ma wrażenie, że to jeden z wymysłów scenarzystów, mający na celu stworzenie czegoś pasującego do surrealistycznej atmosfery komiksu, przedstawiającego historię alternatywną, a tymczasem wydarzenia te miały miejsce naprawdę i wszystko wskazuje na to, że zostały dość wiernie odtworzone na ekranie.

watchmen-czolo-2Zalety produkcji można by wymieniać jeszcze długo. Ale moim zdaniem największą z nich jest jednak scenariusz napisany przez świetny zespół pod przewodnictwem Damona Lindelofa. Jest on fanem “Strażników” od dzieciństwa i to widać w niemal każdej minucie serialu. Ale miłość i szacunek do materiału źródłowego to nie wszystko, bo Lindelof nie tylko składa komiksowi Alana Moore’a i Dave’a Gibbonsa hołd, ale wykorzystuje go jako inspirację do stworzenia czegoś nowego. Innymi słowy, zamiast mielić w kółko te same motywy, pcha tę historię do przodu i odkrywa to, co jak dotąd znajdowało się poza horyzontem świata przedstawionego w komiksie. A przy tym zdołał skłonić mnie do ponownego sięgnięcia po komiks i odkrycia w nim rzeczy, których przy pierwszej lekturze w ogóle nie dostrzegłem.

A jednocześnie Lindelof – wierny sobie i ideałom “magicznego pudełka” – znowu stawia widza przed intrygującymi pytaniami i zmusza do pobudzenia wyobraźni. Kim jest postać grana przez Jeremy’ego Ironsa? Co zamierza bajecznie bogata szalona naukowczyni Lady Trieu? Kim jest starzec na wózku inwalidzkim? Czy biali supremacjoniści z Siódmej Kawalerii nie są przypadkiem czymś więcej, niż tylko grupką prawicowych rednecków? Co ukrywa główna bohaterka? No i najważniejsze pytanie: dlaczego z nieba spadają malutkie kałamarnice?

I tak – czasami odpowiedzi okazały się o wiele mniej ekscytujące, niż same pytania. A finałowy odcinek trochę chyba zaprzeczył temu, co Moore i Gibbons chcieli powiedzieć poprzez swój komiks, który był przecież dekonstrukcją fabularnych schematów superbohaterszczyzny. A jednak nie żałuję, że obejrzałem “Strażników”. Bo lubię ten dreszczyk emocji. Tę tajemnicę, która zmusza mnie do czekania w napięciu na następny odcinek. Kiedy świat przedstawiony, bohaterowie i fabuła są na tyle intrygujące i frapujące, że zastanawiam się, co będzie dalej. To samo zresztą mogę powiedzieć o “Zagubionych”, gdzie Lindelof z Abramsem zabrali nas w niesamowitą, zapierającą dech w piersiach podróż. I to czasem podróż jest ważniejsza, niż jej cel.

A to, że ten, kto nas w tę podróż zabiera, czasem sam nie wie, gdzie nas ona doprowadzi, nie jest wcale niczym dziwnym. Ostatecznie każda, nawet ta najbardziej porywająca historia, kończy się tuż za krawędzią kartki książki czy scenariusza. Każde, nawet najbardziej wciągające, bogate uniwersum nie wybiega poza czyjś niedoskonały, często wewnętrznie niespójny pomysł. Ostatecznie, pisząc scenariusz pierwszych “Gwiezdnych Wojen“, George Lucas wcale nie wiedział jeszcze, że ojcem Luke’a Skywalkera jest Darth Vader. Pomysł ten pojawił się dopiero na zaawansowanym etapie prac nad scenariuszem “Imperium Kontratakuje“. Czy czyni to jeden z najsłynniejszych zwrotów akcji w historii popkultury gorszym? A oglądanie filmu doświadczeniem mniej rozrywkowym? A przecież ten plot twist ustawił całą fabułę kolejnej części tej kosmicznej opery (i w sumie wszystkich pozostałych nakręconych później odsłon sagi).

Dlatego sądzę, że nie ma co się za bardzo spinać i koncentrować na zakończeniach. Bo mam wrażenie, że obecnie, w erze internetowego krytykanctwa, stajemy się coraz bardziej zafiksowani na punkcie fabularnej spójności. Co odbiera nam radość z śledzenia historii, która składa się też z początku i rozwinięcia, nie tylko z zakończenia. Dlatego cieszmy się tajemnicami, zagadkami i dreszczykiem emocji dopóki trwają. Nawet jeśli cel podróży okaże się nie dorównywać naszym wygórowanym oczekiwaniom, pamiętajmy o tym, jaką wspaniałą przygodą była sama podróż. Ja tam nie mam nic przeciwko temu, aby na kolejną wycieczkę w nieznane po raz kolejny zabrał mnie Damon Lindelof. Niech stawia przede mną kolejne “tajemnicze pudełka”, bo opanował tę sztukę do perfekcji, a zawsze przecież fajnie jest zobaczyć mistrza wykonującego swój popisowy numer. No i – szczerze mówiąc – uwielbiam zastanawiać się, co jest w pudełku i czasem wolę nawet w ogóle nie poznawać odpowiedzi. Czy nie lepiej jest czasem zostawić trochę pola własnej wyobraźni?

Jak poznałem waszą matkę. Czyli o serialu, którego już nikt nie kocha [SPOILERY]

Niedawno minęło 25 lat od premiery pierwszego odcinka “Przyjaciół“. Mimo, że serial powstał w zupełnie innych czasach, media i internety Anno Domini 2019 hucznie świętowały rocznicę rozpoczęcia opowieści o grupie nowojorskich dwudziestokilkulatków. Nie pomyli się pewnie osoba, która stwierdzi, że gdzieś na świecie właśnie w tej chwili jakaś telewizja emituje “Przyjaciół”. Subskrybenci Netfliksa oglądają ten serial chętniej, niż jego oryginalne produkcje. Tymczasem inny sitcom opowiadający o grupie nowojorskich dwudziestokilkulatków, którego pilot został wyemitowany w 2005 roku, pozostaje niemal zapomniany. Mam na myśli oczywiście “Jak poznałem waszą matkę“. Gdy na początku bieżącego roku seria ta pojawiła się na platformie, poziom entuzjazmu widzów Netfliksa oscylował gdzieś w okolicach zera. Okazało się, że „Jak poznałem waszą matkę” nikt już nie kocha. A szkoda, bo to był bardzo dobry serial.

o-HOW-I-MET-YOUR-MOTHER-facebook.jpg

Nie chcę tutaj porównywać, co takiego mieli “Przyjaciele”, a czego zabrakło “Jak poznałem waszą matkę”, by uzyskać status dzieła kultowego. Przeczytałem kilka artykułów, których autorzy próbują wyjaśnić na czym polega fenomen “Przyjaciół” i niestety, ale każdy z nich ponosi przy tym porażkę. Sam też nie czuję się na siłach, by podjąć się tego zadania. Po prostu chciałbym oddać “Jak poznałem waszą matkę” trochę sprawiedliwości, bo uważam, że serial nie zasłużył na los kurzącego się w lamusie starocia i należy mu się choć odrobina z tego ciepła, jakim obdarzani są „Przyjaciele”. Chciałbym też zastanowić się, co sprawia, że rzeczy, które jeszcze niedawno zdawały się być kolejnym ponadczasowym hiciorem, śledzone przez miliony przed telewizorami (i ekranami laptopów), kilka lat później nie wzbudzają już w publiczności niemal żadnych emocji.

Bo przecież u swego zarania “Jak poznałem waszą matkę” miało być nowymi “Przyjaciółmi”, tyle że dla nieco młodszego pokolenia. Niektórzy powiedzą, że “Jak poznałem waszą matkę” nie powtórzyło sukcesu poprzednika właśnie dlatego, że było jego tanią podróbką. No, bo w końcu to historia grupki należących do klasy średniej białych dwudziesto-, trzydziestolatków mieszkających na Manhattanie. W obydwu serialach ważnymi wątkami są sprawy sercowe bohaterów, nieustannie dyskutowane przy kawiarnianym (bądź barowym) stoliku. W obu serialach występuje klamra w postaci wątku miłosnego między dwojgiem z nich. Co bardziej upierdliwi będą się doszukiwać kolejnych jeszcze elementów wspólnych, jak podobieństwa charakterologiczne pomiędzy Tedem a Rossem albo Joey’emBarney’em.

“Jak poznałem waszą matkę” był serialem, który dopasował się do ducha czasów, w których powstał. Albo inaczej: był serialem, który uchwycił ducha czasów. Mając w okresie emisji serialu dwadzieścia parę lat łatwo było w wielu sytuacjach przedstawionych w serialu dostrzec siebie. Być może to dlatego “Jak poznałem waszą matkę” tak szybko się zestarzało. Czasy, w których miała miejsce akcja przeminęły. Ludzie, którzy wtedy mieli dwadzieścia parę lat, z powodu nieubłaganych praw rządzących naszym wszechświatem, dziś są już starsi. Serial perfekcyjnie dopasował się do zeitgeistu, ale gdy duch czasów zniknął, także i serial popadł w zapomnienie.

Ale “Jak poznałem waszą matkę” jest jednak czymś znacznie więcej, niż zaktualizowaną wersją “Przyjaciół”. Nie będę się zbyt długo rozpisywał nad licznymi oryginalnymi motywami pojawiającymi się w serialu. Podkreślić można jedynie podstawową różnicę w sposobie prowadzenia fabuły. Narratorem “Jak poznałem waszą matkę” jest Ted z przyszłości, opowiadający dzieciom swoją historię w sposób subiektywny i znając jej zakończenie. Stąd nowe elementy: niekonsekwencja narratora; luki w jego pamięci; opowiadanie wydarzeń w nieuporządkowany i niechronologiczny sposób; pokazywanie jak ta sama sytuacja wygląda z perspektywy różnych uczestników wydarzeń. Zresztą sam koncept ojca, który ma tylko opowiedzieć dzieciom, jak poznał ich matkę, a tymczasem przez dziewięć sezonów pobłaża swojej skłonności do pełnego dygresji i anegdotek gawędziarstwa, jest pomysłem oryginalnym. 

HOW I MET YOUR MOTHER

Widać zatem jak na dłoni, że pod względem formalnym “Jak poznałem waszą matkę” wprowadziło wiele innowacji, mówi swoim własnym językiem i nie mam żadnych wątpliwości, że nie jest wtórnymi popłuczynami po “Przyjaciołach”. Ale to nie forma czy powierzchowność stanowią o sile “Jak poznałem waszą matkę”. Dla mnie o wyjątkowości tego serialu świadczy sama opowiadana historia i – coś, co dla wielu jest  jego największą wadą – jego zakończenie.

Tak, zwieńczenie tej historii rozczarowało wielu fanów i to może częściowo wyjaśniać brak nostalgii za “Jak poznałem waszą matkę”. Tyle gadania tylko po to, żeby okazało się, że Ted i tytułowa Matka wcale nie żyli długo i szczęśliwie? Oczywiście, jeśli ktoś zakończywszy oglądanie pierwszego odcinka liczył, że moment, w którym Ted poznał Matkę zostanie pokazany wcześniej, niż w finałowym sezonie, był naiwny. Nieustanne odwlekanie tej chwili momentu służyło przecież utrzymaniu widzów w napięciu, sprawiało, że oglądali dalej. Wyjawienie tożsamości Matki wcześniej, niż w ostatnim akcie tej historii, byłoby dla twórców serialu strzałem w stopę pod każdym względem. Być może rozciągając historię na zbyt wiele odcinków, trzymali fanów w owym napięciu odrobinę za długo, osiągając pewną masę krytyczną i tym samym wprowadzając ich w stan irytacji. Ale nawet to fani byliby w stanie wybaczyć, gdyby zakończenie odpowiadało ich oczekiwaniom.

Ale gdy w końcu Ted Mosby poznaje Matkę i stają się parą, twórcy serialu pozwolili ich związkowi trwać zaledwie dziesięć lat i kończąc go śmiercią Matki. Dla większości widzów takie zakończenie, ciągniętej przecież przez prawie dekadę historii, było zbyt przygnębiające. Twórcy zwodzili nas mirażem happy endu, w którym Ted i mityczna Matka żyją długo i szczęśliwie. Bez żadnych komplikacji. Tymczasem nasz bohater zostaje wdowcem, który odnajduje pocieszenie w ramionach Robin, w której raczej nieszczęśliwie kochał się niemal całe swoje dorosłe życie. Widzowie serialu byli skonfundowani. Zamiast perfekcyjnego happy endu dostali zakończenie co najmniej niejednoznaczne, i finał w najlepszym przypadku słodko-gorzki.

how-i-met-your-mother-watching-recommendation-videoSixteenByNineJumbo1600-v3.jpg

Rozumiem przygnębienie wynikające z rozczarowania tym, że nasze oczekiwania nie zostały spełnione. Więcej, fabuła poszła w kierunku będącym antytezą tych oczekiwań. Ale czy to automatycznie oznacza, że musimy wpadać w depresję? Wszak możemy potraktować cierpienie głównego bohatera jako katharsis. 

Oprócz tego możemy spojrzeć na ból Teda – w końcu mało jest rzeczy tak bolesnych, jak utrata ukochanej osoby, zwłaszcza tak przedwczesna – z innej perspektywy. Dostrzec, że w tym w tym świecie, którego przecież nieodłączną częścią jest cierpienie, jest także wiele jasnych, radosnych momentów i że jest w nim także nadzieja. Ostatecznie te dziesięć lat, które Ted i Matka spędzili razem, jest okresem szczęśliwym. Do jasnych chwil należy także chyba zaliczyć wszystkie szaleństwa, które Ted, Marshall, Lily, Barney i Robin wyprawiali przez te wszystkie lata.

A jednym z motywów przewodnich „Jak poznałem waszą matkę” jest właśnie nadzieja. Ted Mosby – wbrew ponoszonym w sferze sercowej porażkom – cały czas niemal niezłomnie wierzy, że w końcu spotka tę jedyną. I w końcu ją spotyka. Gdy zaś krótka historia miłości Teda i Matki kończy się jej przedwczesną śmiercią, Ted odnajduje pocieszenie w ramionach Robin. Nie jest to zakończenie idealne. Ale jest to zakończenie pokazujące, że zawsze jest jeszcze nadzieja. Że nieważne, co się stanie, nie możemy tracić nadziei. Przynajmniej ja takie przesłanie z „Jak poznałem waszą matkę” wynoszę.

Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że niewiele osób sobie teraz zinternalizuje nagle moją interpretację “Jak poznałem waszą matkę” i stwierdzi: “Hej, w sumie to zakończenie tego serialu wcale nie jest dołujące, tylko podnoszące na duchu! Czas na jego rehabilitację i netfliksowy binge watching!” Bo w sumie to może powód, dla którego nikt już nie kocha “Jak poznałem waszą matkę” jest jeszcze inny, a ja nawet nie zbliżyłem się do jego wyjaśnienia. No, bo co tak naprawdę sprawia, że coś jest ponadczasowe? Czy ktoś jeszcze pamięta czasy, gdy ludzie masowo zasiadali przed telewizorami, by oglądać “Doktora House’a“? Ile osób powraca do tego serialu dziś, po siedmiu latach? Czy też chodziło o rozczarowujące zakończenie? I czy będziemy pamiętać o serialach oglądanych dzisiaj? Za ile lat zostanie zapomniane “Stranger Things“? A może stanie się klasykiem? A może “Jak poznałem waszą matkę” poczeka na ponowne odkrycie jeszcze kolejne dziesięć czy dwadzieścia lat? Może czeka na moment, w którym poczujemy nostalgię za latami dwutysięcznymi? Cóż, pozostaje nam tylko mieć nadzieję. Jak Ted Mosby.   

Marvel’s The Punisher S01. Czyli Rambo powraca do Ameryki [generalnie bez spoilerów]

To co mi się w postaci Punishera podoba, to prostota jego historii. Mafia zabiła mu rodzinę, więc teraz on zabija mafię. Po prostu opowieść o zemście, w której ci źli wreszcie obrywają tak, jak na to zasłużyli. Wszak Frank Castle jest byłym żołnierzem piechoty morskiej, więc tym razem gangsterzy zadarli z niewłaściwą osobą. Twórcy netfliksowego serialu zaproponowali jednak reinterpretację Punishera. Uwypuklili znaczenie faktu, że Frank Castle jest weteranem wojennym, eksploatując takie wątki, jak choćby zespół stresu pourazowego. To wciąż historia zemsty faceta, który stracił żonę i dzieci, ale także człowieka, który, jak wielu swoich towarzyszy broni, najpierw został wykorzystany przez swój rząd do odwalenia brudnej roboty, a następnie stał się zbędny, a nawet szkodliwy. Dlatego choć Punishera i Johna Rambo dzieli wiele różnic (i łączy jeden wspólny mianownik – ilość trupów ścielących się wokół obydwu panów) – w netfliksowej odsłonie postać grana przez Jona Bernthala znacznie bardziej przypomina bohatera granego przez Sylvestra Stallone’a.

The-Punisher-1-600x416

Oglądając “Punishera” dostałem coś nieco odmiennego od tego, czego się spodziewałem. Nie będzie chyba wielkim spoilerem, jeśli zdradzę, że klasyczna historia Franka Castle’a, czyli brutalne i bezwzględne mordowanie brutalnych i bezwzględnych mafiozów bezpośrednio odpowiedzialnych za śmierć jego rodziny, została przez Netfliksa streszczona w pięciominutowym montażu scen łamania gangusom kości kołami ciężarówki i duszenia zbójów ich własnymi krawatami. Następnie przechodzimy do mrocznego, wypełnionego pustką życia mściciela, który porzucił już swoją, uosobioną przez strój z białą czachą, personę i próbuje resztkę swej marnej egzystencji spędzić wtapiając się w tłum, znikając. Castle, niczym klasyczny campbellowski heros, opiera się wezwaniom ku przygodzie i wypełnieniu swojego przeznaczenia, jakim jest mordowanie kolejnych przestępców, aż do momentu, gdy okazuje się, że już ukarani zabójcy jego żony i dzieci byli zaledwie narzędziem w rękach kogoś znacznie potężniejszego. By za bardzo nie zaspoilerować, powiem tylko tyle, że służby wywiadowcze USA i prane przez nie brudy odgrywają tutaj pełną rolę.

Przyznam, że część mnie jednak żałowała, że Punisher nie będzie po prostu rozwalał w klasyczny komiksowy sposób (przynajmniej w moim rozumieniu klasycznego komiksowego sposobu) tych mafiozów, którzy nadal chodzą w kapeluszach, palą cygara i jedzą spaghetti. Zamiast tego dostałem nieco bourne’owską intrygę i historię o samotnym wojowniku, który oprócz pomsty za rodzinę podejmuje walkę z establishmentem o honor swoich poległych towarzyszy broni i odrzuconych przez społeczeństwo weteranów. Ale część mnie oglądała dalej. Aż w oka mgnieniu obejrzałem cały sezon i zacząłem niecierpliwie sprawdzać, kiedy też zostanie na streamingowej platformie pojawi się kolejny.

Dlaczego? Ponieważ – damn you, Marvel! damn you, Netflix! – ten serial jest tak dobrze zrobiony. I nie chodzi tutaj tylko o dobry scenariusz, grę aktorską, zdjęcia czy ścieżkę dźwiękową. Choć nie widziałem dotąd żadnego marvelowsko-netfliksowskiego serialu, domyślam się, że nie schodzą one poniżej pewnego poziomu, jeśli chodzi o filmowe rzemiosło. Chciałem wiedzieć, co wydarzy się w następnym odcinku nie dlatego, że scenarzyści fundowali mi co chwilę emocjonujące cliffhangery, które – umówmy się – są siłą napędową współczesnej serialozy. Do oglądania kolejnych odcinków popychał mnie fakt, że obchodzili mnie główni bohaterowie. Scenarzystom udało się stworzyć niejednowymiarowe postacie, które wzbudzają w widzu autentyczne emocje. Z jednej strony rozumiemy motywy postępowania Franka Castle’a, jego wspólnika w zemście Davida “Micro” Liebermana czy pochodzącej z Iranu agentki Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego Dinah Madani. Z drugiej zaś strony są to postacie na tyle złożone, że nie zawsze jesteśmy w stanie przewidzieć ich następny ruch. Czyli, w sumie twórcy “Punishera” zapewniają nam to, co powinna zapewniać nam każda historia, ale bardzo często… no cóż, nie zapewnia nam tego. Nawet czarne charaktery, choć wciąż są – w superbohaterskim, komiksowym stylu – nieco przesadzonymi geniuszami zła, nie są postaciami jednowymiarowymi.

Widz, który sięgnie po Punishera z chęcią oglądania porządnej rozwałki, z pewnością otrzyma jej dużą dawkę, czasami o stopniu brutalności, który zaniepokoiłby nawet Quentina Tarantino. Kto chce dobrego serialu sensacyjnego, na pewno nie będzie rozczarowany, a jednocześnie otrzyma – pomijając już przewijające się wątki wojennej traumy i wyobcowania – chwytającą za serce historię o stracie, rozłące, tęsknocie, rodzinie. Twórcom udało się bowiem przydać całej tej przemocy jakiejś głębi. O ile scenarzyści i reżyserzy nie poświęcili zbyt wiele ekranowego czasu rodzinie Franka (pojawia się ona niemal wyłącznie w impresyjnych obrazach prześladujących sny tytułowego bohatera), to w pewnym sensie dzięki partnerowi Punishera – Micro, zyskujemy wgląd w duszę człowieka, który stracił rodzinę. David Lieberman mógłby być wyłącznie nerdem, stukającym w klawiaturę kompa facetem w fotelu, a jest chyba postacią z całego serialu najbardziej przyciągającą. I pozwalająca zrozumieć także Castle’a. I choć nie uważam, że Punisher – szczególnie w erze masakr dokonywanych przy użyciu broni palnej – powinien być wzorem do naśladowania dla kogokolwiek, to niezależnie od tego, jak go oceniamy, możemy przynajmniej zrozumieć, co tak naprawdę nim kieruje.

Oczywiście podobnych wątków rodzinnych w serii filmów o Johnie Rambo raczej nie uświadczymy. Ale jeśli interpretować Rambo jako opowieść o człowieku przenicowanym na maszynę do zabijania, która obraca się przeciwko swoim twórcom i postanawia wykorzystać jedyny talent jaki posiada, talent do rozwałki, by chronić słabszych, to Punisher w wykonaniu Netfliksa staje się Rambo, który po wieloletniej tułaczce po krajach dalszego i bliższego Wschodu powraca do Ameryki.

Scenarzyści serialu poświęcili wątkowi zespołu stresu pourazowego sporo miejsca, podkreślając, że z powodu wojennej traumy cierpi także sam Frank Castle. To tylko wzmacnia w moim odczuciu jego podobieństwo do Rambo. Ale czy Punisher jest mniej czy bardziej wierny komiksowemu pierwowzorowi, czy jest mniej lub bardziej podobny do innego, jakże charakterystycznego bohatera popkultury, to poświęcony mu serial jest niewątpliwie wart obejrzenia. Choć – to także nie będzie chyba żaden spoiler – cały sezon jest praktycznie zamkniętą historią, niemal wszystkie wątki są w satysfakcjonujący sposób rozwiązane, jestem ciekaw kolejnej serii. Bo interesuje mnie, co stanie się dalej z bohaterami, których polubiłem, choć są dalecy od ideału.